Kredyt

Wszyscy będziemy dłużnikami

W latach 50-tych w USA, w przeciętnym gospodarstwie domowym pracowała tylko jedna osoba. Z jej zarobków udawało się utrzymać całą rodzinę, kupić dom i samochód. Dziś pracować muszą dwie osoby, często wyrabiając dodatkowo ogromne kwoty nadgodzin lub biorąc dodatkowe zlecenia, a dom i samochód jest na kredyt. Dlaczego tak jest?

Czytaj także: Jak przygotować się na kryzys?

Winą obarczyć należy oczywiście pieniądz fiducjarny, który pozwolił rządom na to, by w większym stopniu majstrowali oni przy rynkach. Jeśli spojrzymy na stopy procentowe ustalane chociażby przez FED, dostrzeżemy pewien długoterminowy trend: dekada lat 80-tych to stopy procentowe sięgające nawet 20 proc. w górę, i najmniej ok. 6-7 proc. Średnio jednak było to mniej więcej 10 proc. W dekadzie lat 90-tych średnia obniżyła się mniej więcej do 5 proc., zaś po roku dwutysięcznym średnia wynosi poniżej 5 proc. Jak więc widać, średnia wysokość stóp procentowych z dekady na dekadę maleje.

Czytaj także: Krew na Wall Street


source: tradingeconomics.com

Sytuacja wygląda analogicznie w drugiej gospodarce, która nas interesuje, czyli w strefie euro, ale także i w Polsce. Z poziomu blisko 25 proc. w latach 90-tych, zeszliśmy do poziomu 1,5 proc.


source: tradingeconomics.com


source: tradingeconomics.com

Oznacza to, że trzymanie oszczędności na lokatach jest coraz mniej opłacalne, zaś zaciąganie kredytów jest coraz bardziej opłacalne. Jeśli mamy 20 tys. i trzymamy je na lokacie, zarobimy tyle co nic, a jeszcze od tego zapłacimy podatek Belki. Jeżeli jeszcze dodatkowo jest inflacja, to tak naprawdę stracimy. Zaś jeśli weźmiemy te 20 tys. i do tego jeszcze kredyt, kupimy mieszkanie i je wynajmiemy, będziemy mieli inwestycję, która będzie sama się spłacała, a na końcu zostanie nam mieszkanie, które będziemy mogli sprzedać lub przepisać na dzieci. Genialne, prawda?

Tylko po części.

Czytaj także: Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy

Powinniśmy być zaniepokojeni

W świetle tego, co napisałem wyżej, powinniśmy raczej odczuwać niepokój, niż ekscytację. Nikt nie jest samotną wyspą na oceanie. Każdy myśli w pierwszej kolejności o swoim własnym interesie, jednak rząd myśli o interesie ogółu (albo też o swoim – nie będę tego rozstrzygał). Pobudzanie akcji kredytowej to sposób na zapewnienie wzrostu gospodarczego poprzez zwiększoną konsumpcję. Bo co z tego, że Kowalskiego nie stać? Konsumować może nadal. Wystarczy, że się zadłuży. A gdy już się zadłuży, damy mu jakieś 500 plus albo coś innego, co uczyni zeń wierny elektorat.

Światowe zadłużenie rośnie. Szczególnie zadłużenie konsumenckie, bo niektóre kraje czasem starają się zmniejszać swoje zadłużenie (np. Niemcy czy Czesi, ale nie Polska). Natomiast zadłużenie konsumenckie rośnie. Coraz większy mamy dobrobyt na kredyt. I coraz pewniej czujemy się jako kredytobiorcy, bo udało się spłacić samochód, z mieszkaniem idzie całkiem nieźle i kredytówka od paru lat hula.

Czytaj także: Czy i kiedy powinniśmy „zapierdalać za miskę ryżu”?

Ale jednocześnie wzrasta też odsetek „złych długów”, o czym alarmował chociażby ostatnio w ramach Ekonomicznego Forum w Krynicy Związek Banków Polskich. Oczywiście można powiedzieć, że ZBP straszy tylko, żeby wzmocnić efekt swojego jojczenia o wzrost ilości regulacji oraz kosztów z tym związanych. System bankowy w Polsce przędzie coraz gorzej – SKOK Wołomin wydrenował ponoć Bankowy Fundusz Gwarancyjny (tak banksterzy wciskający obligacje GetBack argumentowali fakt, że trzymanie kasy na lokatach nie jest aż tak bezpieczne), weszły darmowe rachunki podstawowe, RODO i rak dalej. Jest też dyrektywa BRRD, która pozwala ratować bank przed upadłością sięgając po depozyty klientów (powyżej 100 tys. euro) – casus, który przetestowany został na Cyprze, a następnie zaadoptowany na kontynencie. No i rosnące zagrożenia cyberprzestępczością.

Krótko mówiąc – trzymanie kasy w banku to coraz większe ryzyko i znikomy koszt.

Powiedzcie mi zatem, skąd pieniądze na kredyty?

Czytaj także: Jak inwestować w srebro?

Kredyt coraz łatwiejszy

Żeby było zabawniej, są też inne pomysły, jak zadośćuczynić bankierom ich smutny los, ale jednocześnie jeszcze bardziej zdestabilizować system bankowy. Jednym z nich jest kolejna liberalizacja przepisów o upadłości konsumenckiej, która wejdzie najprawdopodobniej od stycznia przyszłego roku.

Niby to dobre, że konsument może upaść, ustalić jakiś plan naprawczy i w ciągu paru lat wrócić do normalnego życia. Niby tak. Zwłaszcza, że do tej pory upadłość konsumencka mogła zostać ogłoszona, kiedy ktoś bankrutował z przyczyn niezależnych. Wielu frankowiczów nie mogło sobie na to pozwolić. Ale teraz już będzie można, ponieważ cugi zostaną poluzowane. Teraz upadłość będzie mógł ogłosić każdy. Co najwyżej będzie miał dłuższy plan naprawczy. No, ale te plany naprawcze nie są aż tak dotkliwe – spłaty mają być symboliczne i nie będą realizowały celu ekonomicznego, a jedynie wychowawczy.

Czytaj także: NBP kupuje złoto. Jak to interpretować?

To właściwie jawna zachęta do tego, by brać kredyt. Jeżeli kogoś do tej pory powstrzymywał strach, że mu nie wyjdzie i straci wszystko, to teraz ten strach zostanie opanowany. Będzie można zbankrutować i zacząć wszystko od nowa, przechodząc przez bankructwo względnie gładko (bez windykacji, wyrzucania na bruk itp.).

Najnowszy pomysł, jak nas zadłużyć i zrobić bankom dobrze – kredyt, do którego zaciągnięcia nie będziemy potrzebowali pensji. Wystarczy, że zadeklarujemy, że mieszkanie jest na wynajem. Nie wiadomo jeszcze, co z tego wyjdzie, ale gdyby coś takiego weszło w życie, każdy będzie miał po kilka mieszkań. Jak w Big Short.

Jak uciec przed kredytami?

Jak widać, jest coraz trudniej. Rządy będą robiły wszystko, byśmy byli uzależnieni od pożyczania. Żebyśmy mogli budować PKB nawet wtedy, gdy zarabiamy zbyt mało. Bo chodzi przecież o pokazanie wzrostów za czyjejś kadencji. I o to, że tak naprawdę już nie ma ucieczki, bo żeby w jakikolwiek sposób uzdrowić sytuację, należałoby teraz ukrócić całkowicie akcję kredytową, podnieść stopy procentowe, zachęcić ludzi do szybszego spłacania i oszczędzania. Wizerunkowo miałoby to katastrofalne skutki. Podobnie jak rozbrojenie tykającej bomby systemu emerytalnego.

Trzeba iść pod prąd i nie ufać rządowi ani banksterom. I tyle. Bo rząd albo bankster podaje ci dłoń, a potem okazuje się, że jesteś posiadaczem obligacji GetBack albo kredytu we frankach.

Ja dziękuję.

Czytaj także: Dlaczego w szkole nie uczą o złocie?

Photo by Ben White on Unsplash